15 września 2012

90. Cichy i skromny grób


„Życie przelatuje szybko, zwłaszcza te lata, które warto przeżyć”.
Carlos Ruiz Zafon

~*~

     Zapadał zmierzch. Dolina Godryka o tej porze zdawała się być otulona szczelnie grubym płaszczem tajemniczości i magii. Płatki białego puchu sypały się radośnie z nieba, jakby i one czuły specyficzną atmosferę świąt. W pobliskich domkach paliło się światło i Syriusz zdał sobie sprawę, że właśnie jest czas wigilii. Rodziny siedzą przy suto nakrytym stole, dzielą się opłatkiem, składają życzenia i wspólnie śpiewają bożonarodzeniowe kolędy.
     Czy tak mogło wyglądać i jego życie, gdyby…?
     Potrząsnął głową, odganiając od siebie niechciane myśli. W swojej psiej naturze łatwiej było mu zapanować nad emocjami, ale w ten dzień Łapie szczególnie zależało, by być człowiekiem. Po prostu czuł, że tak powinno być, a co więcej – wiedział, po prostu przeczuwał, że nie przyniesie to żadnych konsekwencji.
     Szedł wolno, przypominając sobie, kiedy był tutaj po raz ostatni – w tę straszną noc, podczas której zginęli Lily i James. Wtedy się spóźnił, przybył, gdy było już po wszystkim.
     Dziś nie miało to już żadnego znaczenia.
     Wydawało się, że nogi same prowadzą go zaśnieżonymi uliczkami w kierunku domu, który w poprzednim życiu był dla niego symbolem najlepszych wartości: dobra, miłości, rodziny, szczęścia. Jednak wszystko zmieniło się przed dwunastoma laty, i dziś, kiedy zmierzał w kierunku domu Potterów, myślał tylko o zdradzie, której dopuścił się Peter i o niesprawiedliwości, która spotkała ich wszystkich.
     Nie takie miało być to życie.
     Powinni właśnie teraz siedzieć przy wspólnym stole, wszyscy: i Lily, i James, i Harry, i Lupin, i nawet on sam. Kto wie, może Potterowie mieliby więcej dzieci? Może Lunatyk znalazłby kobietę swojego życia? Wyobraził sobie pięknie udekorowany salon, dwanaście potraw, dużą choinkę i zapakowane w kolorowy papier prezenty… i zatęsknił za życiem, którego nigdy nie dane mu było zasmakować. Po jego ciele rozeszło się przyjemne ciepło, gdy pomyślał o tym, co mogłoby być, gdyby…
     Gdyby.
     To słowo stało się najgorszym przekleństwem.
     Stanął przed budynkiem, który kilkanaście lat temu był chlubą i dumą rodziny Potterów, i padł na kolana z bezsilności, bezradności, smutku i żalu. Z tęsknoty.
     Ogród zarósł chwastami, a płot i ściany obrosły bluszczem. Prawa część najwyższego piętra, gdzie, jak pamiętał Syriusz, mieścił się pokój Harry’ego i sypialnia, była rozwalona. Przykryte śniegiem gruzy, nietknięte i nieruszane od ponad dwunastu lat, miały przypominać na zawsze o tragedii, jaka się tutaj wydarzyła.
     Tyle razy przemierzał tą żwirową alejkę, by odwiedzić Potterów. Tyle razy siedział razem z nimi w przytulnym salonie i śmiał się do łez, wspominając swoje najlepsze czasy. Zawsze myślał, że tak wielkiego uczucia nic nie jest w stanie zniszczyć, a kiedy zostało rzucone Zaklęcie Fideliusa, nawet odetchnął i po raz pierwszy pomyślał, że się udało...
     Jak bardzo się mylił.
     Chwycił ręką zardzewiały i zimny pręt bramy, chcąc dotknąć miejsca, w którym i on stracił wszystko, co było w nim najlepsze. Miejsca, w którym stracił swoją tożsamość.
     Drgnął, kiedy spostrzegł, że z ziemi tuż obok niego wysunęła się drewniana tabliczka. Wyprostował się zaciekawiony i przeczytał znajdujące się na niej słowa.

W tym miejscu, nocą 31 października 1981 roku, stracili życie Lily i James Potterowie. Ich syn, Harry, jest jedynym czarodziejem, który przeżył Mordercze Zaklęcie. Ten dom, niewidzialny dla mugoli, pozostawiono w ruinach jako pomnik pamięci po Potterach i aby przypominał o przemocy, która rozdarła ich rodzinę.

     Obok znajdowało się kilka wpisów anonimowych czarodziejów, którzy życzyli szczęścia Harry’emu oraz wypowiedzi pełne współczucia. Łapa pomyślał, że to bardzo miły gest z ich strony, a jednocześnie zdenerwował się, że ludzie traktują to miejsce jak muzeum: przychodzą, by popatrzeć na dom, w którym Voldemort stracił moc. A przecież chodziło o coś więcej, tutaj zawsze chodziło o coś więcej…
     Wstał, czując przenikliwe zimno w całym ciele, ale zignorował to. Ruszył w stronę kościółka, za którym – jak pamiętał – znajdował się cmentarz. Nigdy nie sądził, że właśnie w tym miejscu przyjdzie mu spotkać się przyjacielem kolejny raz.
      Miasto umarłych tonęło w półmroku. Szare nagrobki, często zaniedbane i zapomniane, pogrążone były w mistycznej wręcz ciszy, która ogarnęła również Syriusza. Przyglądał się wyrytym nazwiskom, zdając sobie sprawę, że ma nadzieję nie zobaczyć tego najgorszego, nieuniknionego...
     Aż w końcu znalazł. Nagrobek przy końcu cmentarza, wykonany z białego marmuru, prosty i skromny. Ukląkł, by przeczytać wyryte na nim napisy.

JAMES POTTER
urodzony 27 III 1960 roku
zmarł 31 X 1981 roku

LILY EVANS
urodzona 30 I 1960 roku
zmarła 31 X 1981 roku

Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.

     Położył głowę na zimnym, ośnieżonym marmurze i zaczął płakać jak małe dziecko.
     Kiedy już się tutaj znalazł, na tym pustym cmentarzu w Dolinie Godryka, i na własne oczy ujrzał miejsce pochówku swoich ukochanych przyjaciół, dotarło do niego, że życie jest kruche jak stare ciastko. Dziś masz wszystko, a jutro… jutro może zostawić cię z bezradnie opuszczonymi rękoma i gorącymi łzami na policzkach. Pomyślał, że zło zawsze wybiera najboleśniejsze miejsca, pozostawiając rany, których nie da się zabliźnić.
     Tam, głęboko w ziemi, znajdowały się ciała Jamesa i Lily. Zimne, blade, prawdopodobnie już w stanie rozkładu. Pozbawione życia. Martwe. W przypływie szaleństwa Syriusz zapragnął zerwać nagrobek i przekonać się, że to naprawdę oni. Do końca pragnął wierzyć, że ich śmierć była po prostu potworną pomyłką…
     Ale Ona się przecież nie myli. Nigdy.
     Jedyną pomyłką mogło być życie, jego życie. Gdyby miał do dyspozycji jeszcze jedno wspomnienie… Gdyby mógł zmienić przeszłość, sprawić, by tych dwoje wciąż żyło…
     Znów „gdyby”. Oprócz często słyszanego „wszystko będzie dobrze”, to słowo było najgorszym kłamstwem w życiu! Czasu nie można cofnąć, przeszłości nie można zmienić, życia nie da się przywrócić! Człowiek w tym starciu jest po prostu przegrany.
     Gołe dłonie i stopy Syriusza były przemarznięte, ale nie dbał o to. Zamarzły mu nawet łzy, które zatrzymały się na policzkach. Kilka skapnęło na marmurowy nagrobek, ginąc w płatkach białego śniegu na zawsze.
 - Wesołych świąt, James – szepnął, tuląc się do grobu i głaszcząc biały marmur. – Wesołych świąt, Lily. Jestem tutaj. Jestem z wami.
     Boże Narodzenie to czas, który powinno się spędzić z rodziną. A kogóż on więcej miał, Syriusz Black? Osoby, które kochał najbardziej, spoczywały właśnie w tym grobie, nad którym płakał. Życie go brutalnie oszukało, odebrało wszystko, na czym mu zależało. Przy tym wszystkim zgubił nawet samego siebie…
 - Pamiętasz, jak powiedziałeś kiedyś, że nasza przyjaźń będzie trwała wiecznie, James? – powiedział Łapa, pociągając żałośnie nosem i uśmiechając się przez łzy. – Dla ciebie wieczność jest teraz pewnie jednym, długim dniem, ale za życia wydaje się ona nieskończonością. A przecież to tylko chwila. Wystarczy umrzeć…
     Przemarzniętymi, czerwonymi i zesztywniałymi z zimna palcami przejechał raz jeszcze po marmurowej płycie. Odczytał wyryte na nagrobku motto: Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony. Zastanowił się przez chwilę, kto wybrał ten cytat? Może Dumbledore? On zawsze wierzył, że granice są wyznaczone tylko przez własny umysł. To też w tamtym momencie nie miało żadnego znaczenia… Lily i James, tam, głęboko pod ziemią – już na zawsze razem, już nikt ich nie rozdzieli. Tak, jak powinno być, a jednocześnie zupełnie inaczej. Tylko jakie straszne żniwa zebrała ich śmierć… Odebrała rodziców małemu chłopcu, skazała jednego z przyjaciół na męczarnie w Azkabanie, drugiego na nędzne życie wyrzutka. Czy w pojedynku z Losem i Przeznaczeniem człowiek ma jakiekolwiek szanse?
     Łzy zamarzły mu na policzkach, zaczerwienionych z zimna. Nie dbał o to. Ciało miał tylko po to, by móc poprawnie funkcjonować. Nie czuł bólu – ten w sercu okazał się o wiele silniejszy, niż cierpienie fizyczne. Leżał na marmurowym nagrobku, łkając cicho. Wiedział, że właśnie tutaj powinien być, tu było jego miejsce.
     Z przyjaciółmi. Czekał na to spotkanie dwanaście lat…
     Nie tak powinno ono wyglądać.
 - Zawsze powtarzałeś, James, że nigdy nie umiera to, co w nas najlepsze – szepnął Łapa, gładząc biały marmur. – Myliłeś się. Wraz z tobą umarła część mnie, właśnie ta najlepsza. Nie wiem, kim jestem, Rogacz. A najgorsze jest to, że nie wiem, kim chcę być. – Przerwał na chwilę, a jego słowa zawisły na moment w powietrzu. – Straciłem wszystko.
     Do końca miał nadzieję, że przychodząc tutaj, coś się zmieni. Może odnajdzie w sobie tego Syriusza sprzed laty, może on wciąż gdzieś tam jest, głęboko, może Azkaban nie zdołał zabrać mu tej najlepszej części jego człowieczeństwa. Może. Łapa nie potrafił odpowiedzieć na żadne z tych pytań. Czy rozwiązanie tej sprawy faktycznie prowadzi do Glizdogona? Czy kiedy Peter poniesie karę, na którą zasłużył, Syriusz odzyska twarz?
     Zawiał wiatr. Dookoła zapanowała kompletna ciemność. Łapa słyszał niewyraźny śpiew ludzi zmierzających na pasterkę do drewnianego kościółka. Uśmiechnął się.
 - Do szopy, hipogryfy, do szopy wszyscy wraz… – zanucił, podświadomie mając nadzieję, że jego przyjaciel przyłączy się do śpiewu, tak, jak robił to zawsze.
     Ale tym razem James Potter mu nie zawtórował.
 - Bylibyście dumni z Harry’ego – powiedział, po czym westchnął głęboko. – Jest do ciebie bardzo podobny, Rogacz. I świetnie lata na miotle. Ma twoje oczy, Lily.
     Raz jeszcze przetarł zmarzniętą dłonią zimny i twardy marmur. Westchnął.
 - Obiecuję, że kiedy wrócę tutaj następnym razem, znów będę Syriuszem Blackiem, a nie jego cieniem, jak teraz. Odnajdę sam siebie, przyrzekam.
     Wstał i ostatni raz spojrzał na cichy i skromny grób Potterów.
 - Kocham was. Zawsze będę was kochał.
     Zamknął powieki. Chciał ujrzeć przed oczami ukochaną twarz Jamesa, ale nie wiedzieć dlaczego – nie potrafił. Przestraszył się. Nagle uświadomił sobie, że od czasu ucieczki z Azkabanu, Rogacz w ani jedną noc mu się nie przyśnił. Zadrżał, kompletnie zagubiony.
     Wiedział, że to ma coś wspólnego z jego tożsamością. Był pewny, że kiedy w końcu ją odzyska, wizerunek Jamesa wróci, do świadomości i do snów. Czuł, że bez tego traci ważną część swojego człowieczeństwa, jakby naprawdę umarło w nim to, co najlepsze.
     Musi odnaleźć siebie. Nie dla potrzeb własnych –  dla Harry’ego. Dla Remusa. I dla nich, Lily i Jamesa, którzy już nigdy nie otworzą oczu.
     Ruszył przed siebie, niepewnie wkraczając w ciemność. Przy końcu cmentarza raz jeszcze odwrócił się za siebie, ale marmurowy grób Potterów pochłonął już mrok.

~*~

     Remus wrócił do Hogwartu jeszcze bledszy i jeszcze bardziej mizerny, niż zwykle. Rzucił dość nieczule swój neseser na biurko i opadł ciężko na fotel przed nim. Westchnął głęboko i przetarł zmęczone oczy, marząc tylko o kilku kanapkach i ciepłym łóżku, i zastanawiając się, czy jakiś skrzat domowy nie mógłby wepchnąć mu między materace ogrzewacza.
     Miniona pełnia księżyca była dla niego o tyle niewygodna, że wypadała w dzień Bożego Narodzenia. Inaczej chciał spędzić ten dzień. Może miałby okazje porozmawiać z Harrym, a może wybrałby się do Doliny Godryka odwiedzić cmentarz, na którym snem wiecznym spali Lily i James? Na pewno nie chciał, by te radosne i na swój specyficzny sposób magiczne dni spędzić w swojej drugiej naturze, zamknięty we Wrzeszczącej Chacie, za towarzysza mając jedynie rudego kota Hermiony, Krzywołapa, który urządził sobie przytulne posłanie na jednym z poniszczonych krzeseł Chaty.
     Niepoprawione sterty prac domowych uczniów wciąż leżały w najlepsze w szufladzie, a Remus odkładał ich sprawdzenie tak długo, jak mógł. W końcu trzeba się będzie za nie zabrać, bo przecież od nowego semestru obiecał uczyć Harry’ego, jak bronić się przed dementorami. Całym sercem czekał na pierwszą lekcję, choć nie dawał tego po sobie poznać. Podświadomie pragnął jak najwięcej czasu spędzać z synem Jamesa.
     Z zadumy wyrwało go delikatne pukanie do drzwi gabinetu.
 - Proszę! – powiedział słabym głosem, choć najchętniej w ogóle by się nie odzywał, mając nadzieję, że ten ktoś, kto stoi za drzwiami, po prostu by sobie poszedł. Ale dobre maniery nie dawały mu do tego sposobności, więc wyprostował się na krześle, a twarz przyozdobił uprzejmym uśmiechem, który zarezerwowany był dla tych mniej zdolnych uczniów.
     Drzwi uchyliły się, a do pomieszczenia weszła profesor McGonagall.
 - Przeszkadzam? – zapytała, a Remus, gdy tylko ją ujrzał, pomyślał, że wygląda na czymś zmartwioną.
 - Nie, oczywiście, że nie, pani profesor – odpowiedział. – Proszę wejść.
     McGonagall zamknęła za sobą drzwi i usiadła ostrożnie na krześle naprzeciwko, z niepewną i strapioną miną. Lunatyk dziwnie się czuł. Zwykle to on siedział z tamtej strony, przed opiekunką Gryfonów, czekając na wyrok w postaci szlabanu lub wysłuchując jej pretensji co do zachowania Huncwotów, bo pan Looy ze Slytherinu znów wylądował w Skrzydle Szpitalnym z…
 - Wiem, że to nie jest odpowiednia pora na takie złe nowiny – zaczęła nauczycielka transmutacji – ale profesor Dumbledore uważa, że powinieneś wiedzieć i ja się z nim w tej kwestii absolutnie zgadzam. W końcu Harry to syn twojego najlepszego przyjaciela…
     Remus wyprostował się na krześle. W jednej chwili zapomniał o zmęczeniu.
 - Coś się stało Harry’emu? – przerwał jej dość niegrzecznie, ale ni dbał o to, a i ona nie zwróciła na to najmniejszej uwagi. Westchnęła ociężale.
 - Nie, na szczęście nic się jeszcze nie stało – uspokoiła go. – Ale być może mogło.
     Słuchał w skupieniu, oddychając szybko i głęboko.
 - Na Boże Narodzenie Harry’emu przysłano miotłę – mówiła McGonagall. – Najlepszą miotłę, Remusie, Błyskawicę. Wiesz, co stało się z tą jego poprzednią…
     Wiedział. Po spotkaniu z Wierzbą Bijącą poprzednia miotła Harry’ego, Nimbus 2000, nadawała się jedynie do przetworzenia ją na wykałaczki.
 - Tak, mówił mi o tym. Kto przysłał mu Błyskawicę?
     McGonagall spojrzała na niego ze smutkiem pomieszanym ze strachem.
 - Nie mamy pojęcia, Remusie. – Znów westchnęła. – Nie było żadnej kartki, liściku. Ta miotła kosztuje fortunę. Można by pomyśleć, że Potter ma bardzo dobrych przyjaciół… Ale przecież wszyscy znamy jego historię. Dursleyowie nie wydaliby na niego ani knuta.
     Lunatyk kiwnął głową.
 - To panna Granger powiedziała mi o tym… I, jako opiekunka Gryffindoru, postanowiłam skonfiskować ten prezent. Również martwię się o Harry’ego… Wydaje mi się, że tę miotłę mógł Potterowi przysłać Syriusz Black.
     Remus poczuł, jak cały drętwieje, a po plecach przelatuje mu zimny dreszcz.
     Znów on, Syriusz Black. Nie daje o sobie zapomnieć.
 - Wspólnie z nauczycielami pomyśleliśmy, że Black mógł rzucić na Błyskawicę jakiś urok… W końcu zna się na czarnej magii, uciekł z Azkabanu… Gdyby Harry spadł z miotły, no i cóż, umarł, wyglądałoby to po prostu na tragiczny wypadek…
     Lupin zdał sobie sprawę, że jeszcze nigdy nie widział McGonagall w takim stanie. Naprawdę się martwiła o syna Jamesa i Lily… Podobnie jak on.
 - Ustaliliśmy, że trzeba rozebrać ją na części i sprawdzić, czy wszystko z nią w porządku – zakończyła nauczycielka transmutacji i spojrzała na Lunatyka, jakby szukała w nim poparcia.
 - Domyślam się, że Harry nie jest z tego zadowolony.
 - Niestety – przytaknęła. – Uważa, że wszyscy zwariowaliśmy, i że rozebranie takiej miotły zakrawa o świętokradztwo… Ale co mogliśmy zrobić, Remusie?
     Kiwnął głową i uśmiechnął się, pragnąc dodać jej tym samym otuchy.
 - Co na to profesor Dumbledore? – zapytał.
 - Cóż, zgadza się z nami, że ostrożności nigdy za wiele. Zaoferował, że sam zerknie na tę miotłę, może nie będzie potrzeby niszczenia jej. On też bardzo się martwi tym wszystkim… Dementorzy, później Black w szkole, co jeszcze nas czeka?
     Nie odpowiedział. Wpatrzył się w śnieg sypiący za oknem, wspominając, jak jeszcze kilka dni temu przysłuchiwał się rozmowie McGonagall z Dumbledore’em w zupełnie innych okolicznościach. Ile od tego czasu się zmieniło, jak szybko minęły najlepsze lata…
     Minerwa McGonagall wstała i ruszyła do drzwi. Trzymała już rękę na metalowej klamce, kiedy raz jeszcze obejrzała się za siebie i uśmiechnęła ciepło w kierunku siedzącego przed biurkiem Remusa.
 - Byliście naprawdę dobrzy w magii – powiedziała. – Wszyscy. – Zamilkła na chwilę i wpatrzyła w idealnie wypolerowaną posadzkę, jakby ta była wyjątkowo interesująca. – Sprawialiście bardzo dużo kłopotów, to prawda, ale zawsze was lubiłam.
     Lunatyk zarumienił się. Nie spodziewał się usłyszeć czegoś podobnego. To było kolejnym potwierdzeniem faktu, że miał wcześniej inne, lepsze życie, w którym był Huncwotem.
 - Dziękuję, pani profesor.
 - Uważam, że los niesprawiedliwie się z wami obszedł – dodała.
     Nie odpowiedział, spuszczając głowę.
 - Dobrze, że znów jesteś w Hogwarcie, Remusie.
     Ich oczy na chwilę się spotkały. W brązowych tęczówkach Minerwy, Lupin dostrzegł pewną czułość i współczucie, których nie umiał w żaden sposób wytłumaczyć. Nagle wezbrała w nim wdzięczność do tej starej, stanowczej i niejednokrotnie surowej kobiety, przed którą drżeli nawet najwięksi śmiałcy w Gryffindorze.
     Skinęła głową w jego kierunku, po czym wyszła na zimny korytarz.

_________________________
Cóż mogę napisać?

23 komentarze:

  1. Ten rozdział jest... po prostu... piękny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) Sama mam do niego jakiś szczególny sentyment... No i dużo czasu mi zajęło pisanie go, kilka dni. Więc cieszę się, że wywołał takie emocje :)

      Usuń
  2. Brakuje mi słów na opisywanie mojego zachwytu całym twoim opowiadaniem.. pisz dalej!pozdrawiam;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, dziękuję :) Oczywiście, że będę pisać dalej. Również serdecznie pozdrawiam!

      Usuń
  3. Cholera no! Ryczę. Sama nie wiem, dlaczego, bo przecież znam tę historię, ale łzy mi cieknął i nic na to nie mogę poradzić.

    McGonagall ma rację – los źle się z nimi obszedł. I ja znów się powtórzę, ale to takie niesprawiedliwe! Po prostu nie mogę tego znieść, że tacy przyjaciele mogli tak się stoczyć. I to nie z własnej winy. Oboje są strzępkiem tych ludzi, którymi byli kiedyś. Ale cóż powiedzieć? Wiele złego im się przytrafiło, oj wiele.

    Syriusz. Nareszcie było go tu trochę. Ale to przy nim się tyle naryczałam. Jak sobie pomyślę, w kogo się zmienił… brak słów. Przecież chciał dobrze, a tak naprawdę cały czas się obwinia. To naprawdę przykre, ale i nad nim ciąży fatum.
    Zresztą na Lupinie również. Przecież co on winny temu, że Black uciekł. Że był jego przyjacielem. Że chce zabić Harry’ego. Ciąży mu ta tajemnica, ale myślę, że może w pewien sposób nie chce dotrzeć do niego myśl, że przyjaciel mógł zdradzić. Przecież każdy, kto choć odrobinę ich zna wie, jacy byli.

    A Minerwa mnie troszkę zaskoczyła. Nie sądziłam, że będzie potrafiła się do tego przyznać, choć wiedziałam, że ich lubiła.

    Przy okazji popieję jeszcze z zachwytu nad Twoim stylem. Naprawdę nie czytałam jeszcze tak dobrego opowiadania. I tak innego, choć zżytego z kanonem. A Ty piszesz prostym, zrozumiałym językiem, który jest jednocześnie piękny. Bardzo dobrze się to czyta. Oby jak najdłużej to trwało.

    A kiedy wreszcie będzie lekcja z Harrym? To już w następnym rozdziale?
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ślicznie :) Bardzo się cieszę, że ten rozdział wywołał takie emocje, chociaż nie miałam zamiaru doprowadzić nikogo do płaczu (chociaż z drugiej strony cieszę się, że to płacz z powodu uczuć, a nie nad stylem, czy błędami :D).
      Tak, lekcja z Harrym będzie już w następnym na pewno. Miała być w tym, ale postanowiłam umieścić ją w osobnym, dlatego "wcisnęłam" tutaj ten fragment z McGonagall.
      Raz jeszcze dziękuję, ściskam!

      Usuń
  4. brak mi słów. Rozdział boski :) już pewnie wspominałam, że uwielbiam tego bloga :3
    standardowo, pozdrawiam i życzę weny :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja standardowo dziękuję :) No i cóż mogę jeszcze napisać, cieszę się, że tak się podobało, bo włożyłam w niego naprawdę duuużo pracy.
      Pozdrawiam!

      Usuń
  5. Piekny rozdzial ;) Chyba popadlam w melancholie ;) Biedni Huncwoci ;( Chyba sie zaraz poplacze ;) Nie wiem co pisac dalej o tym rozdziale , po prostu...piekny ;)Z niecierpliwoscia czekam nn ;) Nikita Cullen

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ślicznie, gotowa jestem nawet podać paczkę chusteczek z wyrazami wdzięczności za tak miłe opinie! :)

      Usuń
  6. Należy Ci się długi, porządny komentarz, ale chyba nie umiem takiego napisać -_-
    Rozdział jest piękny, zresztą, zawsze są piękne, ale ten wyjątkowo. Podejrzewałam, że Łapa pójdzie do Doliny Godryka, ale nie, że to będzie aż takie smutne :(
    "Może miałby okazje porozmawiać z Harrym, a może wybrałby się do Doliny Godryka odwiedzić cmentarz, na którym snem wiecznym spali Lily i James?"
    Biedny Lunatyk i pieprzona pełnia. Gdyby nie ona, może spotkaliby się z Syriuszem na tym cmentarzu? Chociaż nie wiadomo, jakby mogło się to skończyć.
    Nieco zaskoczyło mnie wyznanie McGonagall, ale Huncwotów po prostu nie da się nie lubić. Ma również rację, twierdząc, że los źle się z nimi obszedł.
    Idę sobie popłakać w samotności, trochę nad losem Huncwotów, a trochę nad moim nowym opowiadaniem, które miało być poważne, a za każdym razem, jak czytam "Być Huncwotem" wydaje mi się coraz bardziej infantylne :(
    Pozdrawiam i z niecierpliwością czekam na nowy rozdział ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasami długie komentarze są zbędne! <3
      No i najważniejsze - nie płacz! Powód do płaczu będzie wtedy, kiedy w tempie natychmiastowym nie przeczytam jakiegoś nowego opowiadania Margaux, bo zawieszenie Wyspy Chaosu dotknęło mnie do żywego. Ale rozumiem, że chwilę zwątpienia się zdarzają, więc nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć weny i szybkiego powrotu!
      Serdecznie pozdrawiam! :*

      Usuń
    2. Twojemu opowiadaniu należą się same długie komentarze, ale czasami naprawdę nie wiadomo, co napisać :) Przez zachwyt oczywiście ;D
      Nowe opowiadanie będzie na początku października, ale obawiam się, że to jeszcze większy bełkot niż Wyspa :) A Trylogię dokończę jakoś po drodze.
      Również życzę Weny ;*

      Usuń
  7. Właściwie nigdy się nie zastanawiałam nad tym, co spotkało Huncwotów po Hogwarcie. To znaczy, wiedziałam o całej tej tragedii, że rozdzieliła ich śmierć, ale dopiero Ty uświadomiłaś mi, że ci, którzy przeżyli zostali zupełnie sami. Czytam i płaczę nad losami moich ulubionych bohaterów. Rozmyślam o Nich nawet w autobusie. Nigdy wcześniej aż tak tego nie przeżywałam. Widocznie masz niezwykły dar budzenia w ludziach ukrytych gdzieś głęboko emocji.Może to i głupie, bo to przecież tylko postacie z książki, ale ja traktuję ich, jak żywych ludzi, moich przyjaciół. Dziękuję Ci z całego serca za to opowiadanie.
    Życzę dużo, dużo weny i jeszcze więcej rozdziałów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz :) Opinie takie jak Twoja bardzo mobilizują mnie do dalszego pisania tej historii, która trwa i trwa już od 2008 roku i nic nie wskazuje, by szybko miała się skończyć.
      Dziękuję, dziękuję i serdecznie pozdrawiam!

      Usuń
  8. Wspaniale piszesz to opowiadanie , niby znam tą historie ale i tak jak to czy tam to momentami łzy mi spływają po policzku . ; ))
    Oby tak dalej , ; **

    OdpowiedzUsuń
  9. Pięknie piszesz. Cholera, płaczę, naprawdę.
    Rzadko mi się to zdarza, ale jak już Syriusz zaczął płakać to po moich policzkach popłynęły łzy.

    Piękne, naprawdę piękne.

    OdpowiedzUsuń
  10. Znów płaczę. Ogólnie nieczęsto to robię, ale jak oglądam/czytam Harry'ego Pottera...
    Te wszystkie okropności. które spotkały Harry'ego i Huncwotów...
    Ale cieszę się, że stworzyłaś coś tak pięknego. Dziękuję i powodzenia.

    OdpowiedzUsuń
  11. na grobie powinno być Lily Potter... Reszta świetna.

    OdpowiedzUsuń
  12. Cudowne. Doskonale opisujesz uczucia. Chce sie płakać. Życze weny i czekam na kolejny rozdział.

    OdpowiedzUsuń
  13. Jak już wspominałam nie raz, nie dwa... Tysiące łez... ;')

    OdpowiedzUsuń
  14. Jesteś mi winna 3 duże opakowania chusteczek do nosa i worek na śmieci, a wszystko przez część Syriusza

    OdpowiedzUsuń
  15. Mój ukochany Syriusz... życie odebrało mu tak wiele, a on dalej walczy... płacze, nie potrafie powstrzymać łez... to co piszesz to nie tylko słowa, to także uczucia przelane na kartkę, podziwiam cię za to... mój Łapa... pokazałaś go od tej smutnej, lecz pięknej strony... dziękuję ci za to że piszesz... bo dzięki tobie na nowo poznaje Huncwotów... dziękuję...

    Skarpeta ;) zakochana w Łapie

    OdpowiedzUsuń