27 maja 2012

48. Srebrna łania i propozycja


(27 lutego 2009)


     To, że James Potter zaręczył się z Lily Evans, wywołało miłe zaskoczenie w całym świecie czarodziejów. Informacja ta była jedną z niewielu przyjemnych wiadomości jaką podała Czarodziejska Rozgłośnia Radiowa w ciepły, sierpniowy wieczór i wyróżniała się na tle innych, związanych przeważnie z zaginięciami i masowymi mordami.
 - Mogliby przestać o tym trąbić na prawo i lewo - powiedziała Ruda po jednym ze spotkań w Mglistym Aniele, choć sama musiała przyznać, że nie było jeszcze wiadomości, która napawałaby ją taką radością, jaką czuła w sercu.
 - To taka miła odmiana, Lily - odparł Syriusz.
     Członkowie Zakonu Feniksa mieli ręce pełne roboty, dlatego wiele osób postanowiło przenieść się do Mglistego Anioła na dłużej, gdzie mieli lepszy kontakt ze światem czarodziejów. Taką osobą była Lily. A chociaż James zaproponował jej dach nad głową w Dolinie Godryka, wolała pozostać w Kwaterze Głównej.
     Zresztą i tak nie mieli wiele czasu dla siebie. Praca Rogacza w Ministerstwie Magii, a Rudej w Świętym Mungu, do tego działalność w Zakonie rozwiały ich wszelkie nadzieje na chwile przyjemności i rozkoszy na osobności. James starał się na to nie narzekać, bo sama obecność przyszłej pani Potter dodawała mu siły, choć nie krył, że nie tak to sobie wyobrażał.
 - Dumbledore publicznie potępia nowe ustawy Croucha dotyczące przywilejów aurorów - przeczytał głośno Łapa, przeglądając Proroka. Siedzieli  w przytulnym salonie dworku Dumbledore'ów, ciesząc się z pierwszej od dawna chwili wytchnienia.
 - Mój szef sporo o tym mówi - rzekł James. - Teraz aurorom wolno zabijać, przedtem musieli brać żywcem.
 - Ludzie i ministerstwo popierają dekrety Croucha, uważają je za rozsądne i sprawiedliwe: odpowiadać przemocą na przemoc.
 - Tego można było się spodziewać - mruknęła Lily. - Ludzie boją się o swoje rodziny i o siebie.
 - Posłuchajcie tego - rzekł znów Syriusz. - Crouch nie bierze pod uwagę upomnień Dumbledore'a, a ten lepiej zrobi, jak wróci do papierkowej roboty w Hogwarcie, bo jego stanowisko Głównego Maga i Przewodniczącego Konfederacji Czarodziejów mogą być zagrożone. A kto to oczywiście napisał? Rita Skeeter.
 - Jest już autorytetem wielu rodzin - powiedział posępnie Rogacz. - Od tygodni szuka nowych sensacji i afer. Teraz będzie mieć o czym pisać przez tydzień.
 - Przecież to nonsens! - oburzyła się Lily. - Wszyscy wiedzą, że to Dumbledore jest jedyną osobą, której boi się Sami-Wiecie-Kto...
 - Lily, ludziom łatwiej uwierzyć w to, że Dumbledore'owi po prostu pomieszało się w głowie.
     Nastała niezręczna cisza, w której najnowszy przebój Fatalnych Jędz lecący w radiu brzmiał nienaturalnie głośno. Zapadała noc. Na niebie pojawiły się już pierwsze gwiazdy, a półksiężyc zawisł ciężko na horyzoncie.
 - Chyba pójdę pokazać to Dumbledore'owi - stwierdził Syriusz, wstając i biorąc do rąk Proroka Codziennego. - Może jeszcze go złapię, rozmawiał z Remusem...
     Wyszedł, zamykając za sobą drzwi.
     Po raz pierwszy od pamiętnej wizyty u państwa Evans, Lily i James zostali sami. Rogacz chciał coś powiedzieć, dodać Rudej otuchy, zapewnić, że wszystko będzie dobrze, ale gardło miał tak ściśnięte, że nie potrafił wydusić słowa. Lily nie mogła znieść tego wiszącego w powietrzu, prawie namacalnego uczucia oczekiwania; wstała i wyszła na taras, wyłożony marmurowymi płytkami. Westchnęła głęboko, patrząc w migocące na aksamitnym niebie gwiazdy. Kiedy to się skończy...?
     Drgnęła, czując, jak James objął ją w talii i położył głowę na jej ramieniu, odgarniając wcześniej rude włosy.
 - Ten świat jest chłodny - rzekł cicho. - Ale nie możesz, nie możesz się poddać. My też musimy przejść przez to samo.
     Jego bliskość dodała jej otuchy. Odwróciła się i spojrzała na niego, a na samą myśl, że mogłaby go stracić, łzy napłynęły jej do oczu. Patrzyła w jego orzechowe oczy, które tak pragnęły czułości, na jego usta, które nadawały smak jej życiu i na te dłonie, które potrafią tak pięknie dotykać... Wiedziała, że gdyby coś mu się stało, że gdyby nie spojrzał na nią już nigdy w życiu, to umarłaby z tęsknoty.
 - Ja... Ja po prostu... Po prostu... - jąkała się Lily, szukając odpowiednich słów. - James, ja po prostu boję się, że cię stracę.
     Spojrzał jej głęboko w oczy.
 - Lily, umrzeć to zbyt mały powód, żeby przestać kochać.
     Ich usta złączyły się w pocałunku, a Lily poczuła - tak jak kiedyś - że świat się ograniczył. Nic nie było już ważne, spłynęło na nich szczęście i rozkosz, i jakaś nieopisana ulga. Wszystkie niewypowiedziane myśli Rogacza przestały być ważne, w tamtej chwili istniała tylko Lily. Oderwali się od siebie, szczęśliwi, że dany im był chociaż ten jeden krótki moment. Ruda położyła głowę na klatce piersiowej Jamesa, wsłuchując się w rytmiczne bicie jego dobrego serca.
 - Lily - zaczął Rogacz, przerywając Rudej słuchanie najpiękniejszej muzyki, jaka cieszyła jej uszy.
 - Tak?
 - Popatrz na niebo. Wszyscy ludzie patrzą w te same gwiazdy, ale każdy widzi w nich coś innego.
     Milczała. Nie bardzo rozumiała, co James chce jej przez to powiedzieć, do czego dąży. Czekała, aż znów zacznie mówić.
 - Ty, patrząc w gwiazdy, pamiętaj, że cię kocham. Niezależnie od tego, co się stanie. Niezależnie od wszystkiego. Ja zawsze będę cię kochał.
     Wiedziała, że nigdy o tym nie zapomni.
     Stojący przy drzwiach tarasu Syriusz i Remus przyglądali się im w milczeniu, z lekkimi uśmiechami na twarzach. To oni byli świadkami narodzin ich wielkiej miłości i to oni wiedzieli, jak to uczucie jest silne.
 - A pamiętasz, jak było w szkole? - zapytał cicho Łapa Lupina. - Lily wprost nienawidziła Rogacza.
 - Och, nie przesadzaj, Syriuszu! - odparł Lunatyk. - Prawdziwa nienawiść to dar, którego człowiek uczy się latami.
 - Nie możesz zaprzeczyć, że Lily go nie znosiła - rzekł z uśmiechem Syriusz.
 - No, nie darzyli się sympatią... - przytaknął Remus. - A teraz sam zobacz. Niedługo razem staną przed ołtarzem.
     Widok szczęśliwego przyjaciela sprawił, że i oni czuli lekkość duszy, jakiej nie zaznali od czasów skończenia Hogwartu. Wydawało się, że nic nie może zepsuć tej pięknej chwili, ale jak mówi jedno ze znanych praw Murphy'ego: jeśli coś idzie po twojej myśli, to na pewno nie wiesz wszystkiego.
     Do salonu Mglistego Anioła wbiegł zdyszany Edgar Bones. Miał bladą twarz i wyglądał na śmiertelnie przerażonego, a kiedy przemówił, drżał jego zwykle spokojny i opanowany głos.
 - Syriuszu... Remusie... Śmierciożercy zaatakowali mugolską wioskę pod Londynem... Szybko, zaraz tam lecimy!
     Lupin już podwijał rękawy koszuli, wyciągając z kieszeni różdżkę, a Łapa zwrócił się najpierw do Jamesa i Lily.
 - EJ! Kochasie! Robotę mamy! - zawołał. - No ruszcie się wreszcie, szybko, bo pozajmują nam wszystkich dobrych śmierciożerców!
     Gdy tylko dotarł do nich sens tych słów, ruszyli czym prędzej przed marmurowy taras. Rogacz rzucił zaniepokojone spojrzenie na Rudą, ale ta minę miała zaciętą, a w oczach iskrzył jej ogień i chęć walki. Nie było sensu jej przekonywać, żeby została.
     W salonie Mglistego Anioła znalazło się już większość zwołanych członków Zakonu. Minerwa McGonagall trzymała w rękach srebrny kołpak samochodowy.
 - Świstoklik - rzuciła. Twarz miała nieco bledszą niż zwykle. - Powodzenia. Trzy... Dwa... Jeden...
     Poczuli mocne szarpnięcie w okolicach pępka, a później już wirowali w powietrzu.

~*~

     Wylądowali w małym rynku jakiejś wioski i od razu spostrzegli, że dzieje się tu coś niedobrego. Niektóre domy paliły się żywym ogniem, na około świstały różnokolorowe zaklęcia z różdżek zakapturzonych czarodziejów, a gwieździste niebo, jak przerażający neon, oświetlił Mroczny Znak. Znak Voldemorta.
     Członkowie Zakonu Feniksa rozbiegli się na różne strony, odnajdując i walcząc ze śmierciożercami. James uchwycił spojrzeniem Dorcas Meadowes strzelającą czerwonymi iskrami w jakiegoś zamaskowanego mężczyznę, i Syriusza, który stawiał czoło dwóm śmierciożercom na raz. Nigdzie nie widział Lily.
     Czując w żołądku silne ukłucie paniki, podbiegł do Łapy pomagając mu walczyć. Syriusz i James tworzyli razem niezwykle zgrany duet, tak, że po chwili otaczało ich już nie dwóch, a pół tuzina zamaskowanych postaci, strzelając w nich świetlistymi grotami. Odpychali ataki stojąc do siebie plecami i prowokując zwolenników Czarnego Pana śmiechem, choć sytuacja wcale nie była zabawna. Jednemu ze śmierciożerców zsunęła się maska zakrywająca twarz, a wtedy Syriusz natychmiast go rozpoznał.
 - To ty! - wrzasnął. - Jesteś głupcem, Regulusie. Drętwota!
     Młodszy brat Łapy zdążył się zdeportować, unikając zaklęcia oszałamiającego, a w luce, jaka powstała, Rogacz zobaczył burzę rudych włosów... Walczyła z jakimś śmierciożercą, a w pewnym momencie Mordercze Zaklęcia minęło ją zaledwie o cal...
     Furia, jaka ogarnęła Jamesa, była tak silna, że jednym ruchem różdżki potężna moc odrzuciła trzech atakujących do tyłu, a on sam już biegł w stronę swojej przyszłej żony. Był już w połowie drogi, kiedy jadowicie zielony promień pomknął ku niemu, rozcinając mu boleśnie policzek. Poczuł gorącą krew tryskającą ze świeżej rany. Rozpoznał swojego przeciwnika jeszcze z czasów szkolnych.
 - Zejdź mi z drogi, Avery! - wrzasnął.
 - Co zrobisz, kiedy cię zabiję, Potter? Może wreszcie połączysz się ze swoją mamuśką i ojcem, co?
     Walka trwała i nic nie zapowiadało jej końca. Tu i ówdzie padali bez zmysłów śmierciożercy, ale członkowie Zakonu też odnosili straty. James na środku placu strzelał zaklęciami w Avery'ego, który również nie pozostawał mu dłużny. Remus Lupin toczył bój z jakimś wyjątkowo wysokim śmierciożercą, a Edgar Bones padł na ziemię ugodzony fioletowym promieniem z różdżki Crabbe'a. Lily właśnie oszołomiła jakiegoś nieznanego śmierciożercę.
 - Nie w mojego brata, plugawa szlamo! - krzyknął następny poplecznik Voldemorta, stojąc przed nią gotowy do ataku. Ruda rozpoznała w nim Rudolfusa Lestrange'a.
     Czerwony grot z jego różdżki ugodził Lily w pierś.
     Ale później stało się coś dziwnego: Rudolfus również padł oszołomiony obok swego brata, Rabastana. Nad głową Lily pochylał się nie James Potter, a Severus Snape i korzystając z ogólnego zamieszania, wlał jej do ust parę kropel żółtawego płynu - Felix Felicis. Zakorkowaną buteleczkę schował do kieszeni.
     Bardzo chciał, żeby ktoś zauważył leżącą bez zmysłów Rudą, nawet gdyby miał to być ten Potter. Ale on walczył zacięcie z Avery'm, nie spoglądając nawet w tą stronę.
 - No dalej... Popatrz się tu... No już... - mruczał Snape.
     W końcu doszło do niego, że na Pottera nie można liczyć. Wyprostował się, zablokował lecący ku niemu czerwony promień i wyciągnął różdżkę.
 - Expecto patronum!
     Z końca jego różdżki wystrzeliła srebrna łania, która swoim blaskiem oświetliła pole bitwy. Spojrzenia walczących - zarówno śmierciożerców, jak i tych, z Zakonu Feniksa - spoczęły na niej. James zrozumiał co się stało, szybciej, niż o tym pomyślał. Łania jest patronusem Lily. Lily może potrzebować pomocy. Lily może już...
     Nie pozwolił tej myśli uformować się do końca. Strzelił w Avery'ego zaklęciem Pełnego Porażenia Ciała i ruszył ku Rudej nie oglądając się za siebie, przeskakując przez leżące ciała na zimnej ziemi.
     Severus Snape zdeportował się, widząc zbliżającego się Rogacza. Srebrna łania zniknęła.
     Walka znów rozgorzała, ale James już nie brał w niej udziału. Biegł ku Lily, widział jej rude włosy rozłożone na ziemi w nieładzie i błagał w duchu: żeby nie była martwa... żeby nie umarła... musi żyć...
     Klęknął przy niej i odetchnął głęboko, czując bicie jej serca. Była oszołomiona. Przytulił jej bezwładną głowę do serca, po czym wyciągnął różdżkę i mruknął: "Enervate".
     W tej samej chwili, w której Lily Evans otworzyła zielone oczy, wszystko zniknęło. Była tylko ciemność.


     James rozglądał się dookoła, próbując zauważyć coś materialnego, ale nic takiego nie było. Wydawało się, że unosi się w powietrzu, w czarnej nicości, podtrzymując na kolanach Lily w pozycji siedzącej. Jej oczy pełne były przerażenia.
     Nagle usłyszeli głos - głos, który sprawił, że po plecach Rogacza przebiegł zimny dreszcz, a ręka Lily mocniej zacisnęła się na jego dłoni.
 - Walczyliście dzielnie. Lord Voldemort wynagradza odważnych.
     Czarny Pan sunął w powietrzu w czarnej szacie, dobrze widoczny nawet wśród otaczającej ich ciemności. Miał białą cerę, bielszą od czaszki i straszne, bezlitosne, szkarłatne oczy.
 - I znowu się spotykamy, Jamesie Potterze!
 - Czego chcesz? - warknął Rogacz.
 - Mam dla was propozycję. Można powiedzieć, że taką nie do odrzucenia - jego szkarłatne oczy błysnęły groźnie.
 - Czego chcesz? - powtórzyła Ruda.
 - Jamesie Potterze, jesteś odważny, masz szlachetne pochodzenie. Będziesz wspaniałym śmierciożercą, takich nam potrzeba. A ty, Lily... I dla ciebie znalazłoby się miejsce w naszym gronie. Nie bądźcie głupcami, wybierzcie lepszą drogę. Będziecie władać magią jak nikt inny, razem zbudujemy nowy świat! Sprowadzimy zza grobu twoich zmarłych rodziców, James...
     Przed oczami Rogacza pojawił się zamglony obraz jego rodziców. Dorea i Charlus uśmiechali się do niego smutno, jakby zza szyby... A gdzieś w podświadomości zagrzmiał głos Dumbledore'a: żadne czary nie są w stanie przywrócić życia umarłym...
 - KŁAMIESZ! - wrzasnął. - Nigdy się do ciebie nie przyłączymy!
 - Nie bądźcie śmieszni - zadrwił Pan Ciemności, choć jego źrenice zwężyły się szybko, jak u węża. - Na świecie nie ma miłości. Jest tylko władza, władza i potęga, i ludzie słabi... zbyt słabi... by ją osiągnąć.
 - Nie będziemy ci posłuszni - rzekła Lily.
 - Nie? Och, droga Lily, posłuszeństwo to cnota, której cię nauczę, zanim cię zabiję...
 - Najpierw będziesz musiał zabić mnie! - wrzasnął Rogacz.
 - Bądź spokojny, niewątpliwie to uczynię, Jamesie Potterze.
     Świat zaczął drgać i się rozmazywać. Lily i James musieli zamknąć oczy, bo zaczęły ich okropnie piec. A kiedy znów uchylili powieki, znajdowali się dalej na polu walki, wśród krzyków, nawoływań i dymu. Nad nimi stał Dumbledore. Minę miał groźną, przerażającą, emanował siłą i potęgą, na jego twarzy nie było ani śladu zwykłego, dobrotliwego uśmiechu, ani radosnego błysku w bystrych, jasnoniebieskich oczach.
     Zimny, paraliżujący śmiech Czarnego Pana wypełnił powietrze w wiosce. Szkarłatne oczy Lorda Voldemorta zamrugały ponad ramieniem Albusa Dumbledore'a, a później rozpłynęły się w otaczającym ich mroku.

_________________________
Dla tych,
którzy muszą zobaczyć, żeby uwierzyć.

4 komentarze:

  1. Brrrr...

    Jęcząca Marta

    OdpowiedzUsuń
  2. Znowu lekkie nawiązanie do tekstu książki. Ale i tak fajny rozdział :)

    OdpowiedzUsuń