25 maja 2012

27. Podstęp "nowej"


(3 sierpnia 2008)

     Minęła mroźna zima, powoli na dworze zaczynało się robić cieplej, na blado-błękitnym niebie coraz częściej pojawiało się słońce. Syriusz był już z Lavender całe dwa tygodnie, szczęśliwy, że dziewczyna nie narzuca mu żadnych ograniczeń. Był to związek całkowicie niezobowiązujący, choć Łapa stwierdził, że "jeszcze nigdy nie czuł czegoś takiego do żadnej dziewczyny", których przecież było sporo.
 - W sumie szkoda, że w tym roku nie było nas na balu - stwierdził ponuro Rogacz.
 - Mogłeś iść - odpowiedział Remus. - Trzy czwarte dziewczyn z siódmego roku cię zapraszało, czemu się nie zgodziłeś?
     James popatrzył na Lupina takim wzrokiem, że odechciało mu się dalej go pytać o cokolwiek.
     Huncwoci siedzieli w pokoju wspólnym pisząc wyjątkowo nudny referat na transmutację. Remus zawzięcie skrobał piórem po pergaminie, a Peter ukradkiem zerkał do jego notatek. Rogacz skrobał się piórem po brodzie, rzucając pełne zazdrości spojrzenie Syriuszowi i Lavender, leżących na podłodze przed kominkiem. Lily na fotelu obok Remusa trzymała się za głowę i wertowała książkę, a Alissa prawie usypiała.
 - Niee... Mam już dość - stwierdził James i cisnął książką przez całą długość pokoju. "Transmutacja dla zaawansowanych" wylądowała na głowie jakiegoś pierwszoklasisty. - Przepraszam!
 - JAMES! - ryknęła Lily podnosząc się z fotela.
 - No nie chciałem!
    Nie zdążył nawet znaleźć słów na swoje usprawiedliwienie, bo właśnie dostał poduszką od Rudej, która z podejrzanym uśmiechem i świetnym celem zamykała podręcznik.
 - O, świetnie. Przerwa się przyda - mruknął Lupin również odkładając książkę.
 - A kiedy to skończymy? - zapytała sennym głosem Aliss.
 - Później... może jutro... - rzekła Lavender.
 - Jestem...
 - ...głodny - dokończył za Petera zdanie Syriusz. - Glizdku, niedawno przecież była kolacja! Twój pasztet też był.
     Peter zaczerwienił się po uszy i opadł w dół na fotelu tak, że głowa nie wystawała mu spod oparcia. O 20.00 James poszedł na swój szlaban do McGonagall za podpalenie miotły Malfoy'owi. Syriuszowi cudem udało się uciec i schować się na trybunach, ale Rogacz takiego szczęścia nie miał. Jutro wieczorem czekał ich mecz z Krukonami, mecz o wszystko. Jeśli Gryfoni go przegrają, nie zakwalifikują się do finału. Jeśli wygrają, rozegrają jeszcze jeden mecz w maju, ze Slytherinem.
     James wrócił do pustego pokoju wspólnego po 23.00. Śpiący i zmęczony, zwalił się na fotel przy kominku. Podciągnął do siebie swoje nieskończone wypracowanie.
 - O matko... Muszę to skończyć, jutro mecz... - rzekł trąc oczy.
     Praca nie szła mu za dobrze. W ciągu pół godziny napisał tylko parę zdań, słowa w ogóle mu się nie kleiły, ale wiedział, że nie oddając tego wypracowania zarobi jeszcze jeden bezsensowny szlaban. W końcu, po raz piąty czytając o niezwykle trudnej transmutacji ludzkiej, usnął na swojej książce rozlewając po stoliku atrament.

     Lily przebudziła się w nocy i usłyszała cichy stuk. Otwarła oczy i rozejrzała się po pokoju - było zupełnie ciemno, ale zdołała ujrzeć zarys sylwetki Alissy na łóżku i smacznie śpiącej Lavender. Trzask musiał dochodzić z dołu - pomyślała Lily. Założyła szlafrok i modląc się, żeby to nie był kolejny wyczyn Huncwotów, zeszła do pokoju wspólnego.
     Przy wąskim świetle ognia z kominka, zobaczyła leżącego na stole Rogacza. Okulary zsunęły mu się z nosa, a flakonik z atramentem rozlany był na około. Podeszła do niego i ze współczuciem przyglądała się chłopakowi.
 - Szlabany... Mecze... Przyjaciele... Za dużo bierzesz na siebie, James - powiedziała cicho.
     Jednym machnięciem różdżki wyczyściła plamę po atramencie, chwaląc siebie za to, że wystarczająco opanowała zaklęcia niewerbalne. Delikatnie wyciągnęła książkę i pergamin spod głowy Rogacza i cichutko zaczęła skrobać piórem po pergaminie. Trwało to nie dłużej niż piętnaście minut, kiedy Lily odłożyła pióro i za pomocą różdżki zmieniła swoje kaligraficzne pismo, na wygibasy i hieroglify Jamesa. Zadowolona z siebie położyła wszystko na skraju stolika i sama poszła spać do dormitorium.

~*~

 - Nie Hagridzie, na prawdę dziękujemy, nie trzeba już tej krajanki! - powiedział grzecznie Remus do gajowego, kiedy postawił przed nimi wielką domową krajankę.
     Była sobota przed południem, więc uczniowie mieli wolne. Huncwoci postanowili odwiedzić Hagrida, bo dawno u niego nie byli. Poczęstował ich on jak zwykle domowymi wypiekami, ale wszystkim (nawet Peterowi) odechciało się jeść, kiedy Łapa znalazł w torcie jakiś ogromny pazur.
 - Dawno żeście nie odwiedzali starego Hagrida... Dużo pracy?
 - Trochę jest... Chociaż to nie to co rok temu podczas SUM-ów, jednak materiał dalej bardzo wymagający i...
 - Jak czuje się Puszek? - przerwał Lunatykowi Rogacz.
     Hagrid nagle zmarkotniał. Ręka w której trzymał herbatę zadrżała mu i gorący napój wylał się na podłogę. Peter cudem zdołał odskoczyć.
 - Co się stało?
 - P-Przenieśli go... D-Dumbledore... to równy gość ten Dumbledore.... Ale ministerstwo coś w-wywęszyło... D-Dumbledore kazał mi go przenieść... Do podziemi H-Hogwartu...
 - To przecież nie tak źle, Hagridzie! - krzyknął Remus pocieszająco.
 - On jest w Hogwarcie? - zainteresowali się James i Syriusz. - Gdzie?
     Lupin rzucił im podejrzliwe spojrzenie.
 - A-Alee... On taki samotny tam jest... t-taki malutki...
 - Na Boga, Hagridzie, przecież on ma już jakieś dziesięć stóp! - Remus kipiał ze złości. - Doprawdy nie jest malutki! Tyci tyci!
 - W którym miejscu w Hogwarcie on jest? - dopytywali się Łapa i Rogacz.
 - Chyba będziemy już szli... - powiedział szybko Remus. - Nauka i te sprawy... Wypracowanie trzeba dokończyć... I chłopaki mają mecz... Do widzenia, Hagridzie!
 - Czołem, Hagridzie! Wpadniemy jeszcze! - rzucili na wyjściu.
 - P-Paa! Życzę w-wygranej mee-e-eeczu!

~*~

     To był chyba najkrótszy mecz w dziejach Hogwartu, bo trwał zaledwie parę minut. Zaczął się dość brutalnie od faulu przez pałkarzy Krukonów, ale zagadana pani Hooch jak zwykle tego nie zauważyła. James tak się wściekł, że nie minęła nawet minuta od tego zdarzenia - już trzymał w ręce szamocącego małymi skrzydełkami Złotego Znicza.
 - Jeeeest! James, jesteś wspaniały! - krzyczały dziewczyny z drużyny. Syriusz miał rozweseloną twarz kiedy zobaczył na tablicy: GRYFFINDOR 150:0 RAVENCLAW.
 - Chodźcie do pokoju wspólnego! Szykuje się impreza! - krzyknął ktoś z Gryfonów.
     Tłum poniósł drużynę Gryffindoru do wieży, gdzie czekały na nich miękkie fotele, kremowe piwo i masa ciasteczek wszystkich smaków. To zasługa Remusa i Petera, i chociaż Glizdogon więcej jadł niż pomagał, jakoś udało się to wszystko zorganizować.
     James był tak szczęśliwy jak nigdy przedtem. Odpłynęły wszystkie problemy, teraz był spokój i błogość. Dalej w szkarłatnej szacie do quidditcha popijał kremowe piwo i patrzył na znicza bzikującego wesoło po pokoju. Oczy wielu uczniów obserwowało go dokładnie, komentując z podziwem jego zwinność.
     Siedzieli tak już długo, zaśmiewając się i rozmawiając. Rogacz po pewnym czasie zauważył, że zniknął gdzieś Syriusz. Pomyślał, że poszedł gdzieś z Lavender, co było bardzo prawdopodobne. Poszukał wzrokiem burzy rudych włosów. Lily siedziała na parapecie okna z Alissą, z butelką kremowego piwa w ręce. Rozmarzył się na chwilę i wyobraził, że ma ją tylko dla siebie. I że teraz, tak jak teraz Łapa z Lav, spacerują gdzieś po błoniach ciesząc się z wygranej i z siebie.
     Do rzeczywistego świata wrócił dopiero, kiedy zauważył, że ktoś ciągnie go za rękaw. Była to Elizabeth, Gryfonka z siódmego roku, która dopiero teraz doszła do Hogwartu (przeprowadziła się z Francji). Jasno blond włosy opadały jej na ramiona, a na twarzy z szerokim uśmiechem wymalowany był lew Gryffindoru.
 - Weź sobie jedno!
     Rogacz wziął jedno z ciastek, które mu podała, myśląc, że się odczepi.
 - Dzięki - rzekł.
 - Chodź na chwilę! Straszny tu tłok, a muszę coś ci powiedzieć!
     James z ciężkim sercem wstał z fotela i powlókł się za Elizabeth. Po drodze udając, że je, schował ciastko do kieszeni. Nie był aż taki głupi. Wyszła przez portret Grubej Damy na korytarz. Było tutaj dużo chłodniej niż w pokoju wspólnym, niezwykle cicho i spokojnie. Rogacza trochę to zaniepokoiło, chociaż znał Hogwart tak dobrze i czuł się tu jak w domu, wyczuwał coś niedobrego. Wiedział jedno: chce jak najszybciej znaleźć się z powrotem w fotelu z butelką kremowego piwa w ręku.
     Czekał. Elizabeth wpatrywała się w niego z uśmiechem, jej włosy powiewały lekko, chociaż nigdzie tutaj nie było wiatru. James przyglądając się jej coraz dokładniej stwierdził, że wcale nie jest taka ładna jak wtedy, gdy zobaczył ją pierwszego dnia. Po chwili pomyślał, że jest nawet brzydka, w porównaniu do Lily.
 - Świetny mecz - powiedziała wreszcie z uśmiechem.
 - Dzięki.
 - Ten... chwyt... Nie znam się na quidditchu, ale był dobry.
     Może gdyby była to inna dziewczyna, James uśmiechnąłby się i z błyskiem w oczach zażartował, ale teraz to co powiedziała "nowa" nieco go obraziło. Był bardzo wyczulony na punkcie quidditcha, a ta sytuacja wcale nie była komfortowa.
 - James, chcę ci powiedzieć... - zaczęła dziewczyna chwytając go za rękę.
     Popatrzył na nią ze zdziwieniem. Puściła go szybko, ale za to wyciągnęła różdżkę. Zaczęła ją powoli obracać w dłoni.
 - Wiesz... Szkoda, że musi się to zdarzyć, ale...
     W taj chwili po schodach na szczyt weszli Łapa z Lavender. Widząc tą sytuację przestali się uśmiechać, tylko patrzyli to na Jamesa, to na Elizabeth w milczeniu. Po chwili "nowa" wróciła do Pokoju Wspólnego.
 - Czego ona od ciebie chciała? - zapytał Łapa.
 - Nie mam pojęcia. Ale dała mi to - wyciągnął z kieszeni ciasteczko.
 - Remus to zbada. Chodźcie.

 - Po trudach i znojach stwierdzam, że był to eliksir miłosny - powiedział Lunatyk.
     Huncwoci siedzieli w łazience Jęczącej Marty, gdzie najlepiej było załatwiać takie sprawy.
 - Więc jednak...
 - Co za wieśniara - stwierdził Syriusz.
 - Od początku mi się nie podobała - mruknął James.
 - Po co miałaby to robić? - spytał Peter.
 - Och, Glizdku. Wiesz przecież, że Rogacz jest... eeee... atrakcyjny... - Syriusz i James wybuchnęli śmiechem. - No i laski na niego lecą.
 - Może nie zrobiła tego specjalnie...
 - Glizdogonie, czy te jej bronisz? - rzekł Łapa. - Chciała zrobić ogromne świństwo, eliksir miłosny jest zabroniony. Nie żeby dlatego, zakazy są po to aby je łamać, ale chciała uwieść Jamesa, którego serce należy do Lily.
 - Dlatego musi za to zapłacić - skończył Rogacz z Huncwockim uśmiechem.
 - A ile?
 - Peter, jesteś głupkiem.
 - My coś wymyślimy! Prawda, Rogaś?
 - Jasne Łapo!
 - A tak z innej beczki... Widzieliście ogłoszenie w Pokoju Wspólnym? Zaczynają się kursy teleportacji... Bierzecie udział?
 - Jasne! W marcu będę już pełnoletni! - krzyknął Rogacz.
 - Mam nadzieję, że egzamin nie będzie za trudny... - zaczął Lupin.
 - To nie jest trudne, Luniaczku. My z Jamesem już się teleportowaliśmy...
 - nie raz...
 - ...nie dwa...
 - …i wiemy jak to jest.
     Remus spojrzał na nich wzrokiem pełnym rezygnacji.

3 komentarze:

  1. Twoje opowiadania są bombowe! Naprawdę wzrusza mnie przyjaźń Jamesa i Syriusza .

    OdpowiedzUsuń
  2. a mnie żal Puszka, zawsze żałuję psów...

    OdpowiedzUsuń