25 maja 2012

16. Gryfoni przeciw Ślizgonom


(9 kwietnia 2008)

 - Czyli panna Evans dalej się do ciebie nie odzywa, tak Rogacz?
 - Łapo, mówiłem ci tysiąc razy, że NIE.
 - Dooobrze, nie musisz się tak unosić... Ale ostrzegam cię, że jeśli dalej będziesz miał taki wisielczy humor, doprowadzisz Glannta do płaczu.
 - Sugerujesz coś...?
 - Hmm... Może mały, Huncwocki wyskok przed meczem, co?
    James zamyślił się przez chwilę.
 - Masz jakiś pomysł? - zapytał, a Syriusz tylko wyszczerzył do niego zęby.
    Właśnie przechodzili koło posągu Jednookiej Wiedźmy, kiedy minęła ich Ruda, w towarzystwie nieodłącznej Alissy. Widać było, że wracały z biblioteki: w rękach trzymały opasłe tomy książek i rolki pergaminu.
 - Och, nie możesz się tak przejmować fochami królowej Lily Evans, Rogasiu... - powiedział Syriusz nieco głośniej, nie zważając na burzę rudych włosów, które miał dokładnie na wysokości swoich oczu. - Jest tyle innych, lepszych lasek w szkole...!
    James mruknął coś niezrozumiałego, po czym przyjaciele skręcili w któryś korytarz, by skrócić podróż do Wielkiej Sali. Łapa miał wyśmienity humor, za to Rogacz od czasu zajścia na błoniach, wyraźnie zmarkotniał. Syriusz postanowił przeprowadzić akcję pod tytułem: Rozśmiesz Huncwota. Zaplanował już dokładnie nowy psikus, taki, w którym łamali z pięćdziesiąt szkolnych przepisów. Taak, to zawsze najbardziej kręciło Jamesa.
    Przy stole Gryffindoru, spotkali zaczytanego Remusa, i pochłaniającego jajecznicę Petera. Oboje powiedzieli im "Cześć", kiedy Syriusz i James usiedli na swoich miejscach.
 - Coś nowego, Lunatyczku? - rzucił Łapa sięgając po tost.
 - Jakieś protesty goblinów z banku Gringotta... Jedno zaginięcie... A w tym tygodniu zabito trzydziestu ośmiu przypadkowych mugoli - rzekł Remus.
 - To zaczyna się przeradzać w jakiś sport, czy co? - zastanawiał się James.
 - Nie wiem, ale to jest chore - odparł Lupin.
 - Taak... To 'aprade 'ore... - wymamrotał Glizdogon żując tost.
 - I szukał was Marcus Glannt - dodał Lunatyk. - Mówił, że dzisiaj o czwartej macie być na boisku... Ostatnie spotkanie, czy coś w tym stylu...
    Syriusz prychnął cicho pod nosem.
 - Jak tak dalej pójdzie, ten chłopak pochowa w trumnach sześciu graczy z drużyny... - jęknął.
 - Poczta - powiedział krótko Remus wskazując na wlatujące sowy.
    Przed Jamesem wylądował Esej, niosąc w dziobie list i paczkę słodyczy. Syriusz również dostał list, co go lekko zdziwiło.
 - Ty czytaj pierwszy - rzekł w stronę Jamesa.
    Ten rozwinął swój zwitek pergaminu i zaczął głośno czytać.

James; cieszymy się z ojcem, że Standardowe Umiejętności Magiczne poszły ci świetnie (a przynajmniej tak napisałeś...). Jeśli zdobędziesz przynajmniej pięć SUM-ów, tak jak obiecaliśmy - kupimy ci nową miotłę.
Sprawę sedesów rozwiązał Dumbledore.
Doszły mnie też słuchy, że Syriusz dostał się do drużyny Gryffindoru, jako obrońca. Przekaż mu nasze szczere gratulacje! Jeśli w tym roku będzie chciał przyjechać do nas na wakacje (serdecznie go zapraszamy!) to poćwiczycie wspólnie.
Widzimy się pod koniec czerwca, na peronie 9 i 3/4.
Pozdrowienia,
Mama i Tata.

 - Serio napisałeś im, że SUM-y poszły ci świetnie? - zdziwił się Remus.
 - Oczywiście Lunatyku! Bo tak było! - powiedział obrażonym tonem James szczerząc zęby i mierzwiąc włosy. - Teraz ty czytaj, Łapo.
 - Och, nie wiem czy warto... Ta kobieta uważająca się za moją matką znowu ma do mnie jakieś wąty... Szlak by ją trafił...
 - Syriuszu! - krzyknął Lupin.
 - Wspaniale! Może ją trafi, jak nam przeczytasz - odparł James.

Syriuszu
plugawy zdrajco rodu Black'ów, mieszańcu jeden, który pogrzebał honor szlachetnej krwi swojej rodziny…
Słyszeliśmy, że dostałeś się do drużyny Gryffindoru. Jeszcze nigdy nie przeżyliśmy takiego upokorzenia, słowo daję... Regulus również gra, w Slytherinie, jak na prawdziwego Black'a przystało.
Chciałam tylko, żebyś wiedział, że zmarł wujek Alfard. Napisał on testament, odczytanie odbędzie się na początku wakacji (on sam tak chciał). Ponoć coś ci zapisał, więc musisz tam być.  Cóż za hańba się z tobą pokazać...
Matka.

 - Jak zwykle czuć to ciepło rodzicielskie - zażartował Syriusz.
 - Wujek Alfard? Ej, to ten, który poza Andromedą jest normalny, no nie? - zapytał James szczerząc zęby.
 - Taak... ten sam. Szkoda, że nie żyje... Bardzo go lubiłem.
 - Ciekawe, co ci zapisał - ciekawił się Peter.
 - Hmm... A może jakieś książki? Przecież już niedługo owutemy...
 - Lunatyk, zamknij się - zakończył krótko Syriusz.

~*~

    Ostatni mecz w sezonie: Ślizgoni przeciwko Gryfonom. To spotkanie wywoływało spore zainteresowanie wśród uczniów, ponieważ oba zespoły mogły w tym roku zdobyć puchar. Puchoni i Krukoni wiernie kibicowali Gryfonom, bo również nie chcieli znosić cały następny rok docinek ze strony Ślizgonów.
    Był ładny, bezchmurny dzień. Słońce oświetlało jasno błonia i boisko quidditcha. Wiatru prawie że nie było. "Idealny dzień na udany mecz!", jak stwierdził Marcus Glannt.
    Drużyna Gryffindoru weszła do Wielkiej Sali witana okrzykami i brawami wielu uczniów. Tylko ze strony Ślizgonów zdawało się słyszeć okrzyki poniżenia i smętne jęki. James mało się tym przejmował, natomiast Syriusz był wyraźnie zdenerwowany.
 - Musisz coś zjeść - mówił mu Rogacz. - Przecież musisz bronić pętli!
 - Nie chcę - burknął Łapa.
 - Ej, Potter! - James odwrócił się i spostrzegł jakiegoś Ślizgona siedzącego obok Regulusa Black'a. - Myślisz, że twoja miotła wystartuje z twoim napuszonym łbem?
    Cały stół Slytherinu ryknął śmiechem. Następny odezwał się kapitan drużyny, Hugo Otoon.
 - Potter, nie masz szans z Regulusem. Powinieneś kupić sobie miotłę, która lata sama. Wtedy będziesz miał dwie ręce do łapania znicza!
    Ślizgoni ponownie zaśmiali się, a Rogacz wyszczerzył zęby.
 - Regulus za to powinien włożyć sobie poduszki pod szatę - powiedział. - Żeby później nie oberwał za bardzo, jak przegracie ten mecz.
    Tym razem wszyscy Gryfoni, jak jeden mąż, wybuchnęli śmiechem i zaczęli klaskać. Nawet Lily Evans biła brawo razem z innymi. W Jamesie odżyła nadzieja.
 - Myślisz, Potter, ze Black obroni choćby jednego gola?
 - Och, nie będzie musiał. Nasza taktyka brzmi: rzucaj Petryficusa Totalusa na każdego, kto będzie ciebie bliżej niż trzy metry...
    Remus zadławił się bekonem ze śmiechu.
 - Zobaczymy, kto będzie się śmiał po tym meczu - wycedził przez zęby Otoon. - Uważaj Potter, żebyś czasem nie spadł z miotły... Przez przypadek.
 - Nie martw się. Moja miotła ucieka od każdego Ślizgona. Boi się zarazek...
    Syriusza humor gwałtownie się poprawił. Razem z innymi zaczął wyśmiewać się z drużyny Slytherinu i nie wybrzydzał już przy jedzeniu.

    Parę godzin później, cała szkoła zebrała się na trybunach. Tu i ówdzie powiewały herby Gryffindoru i Slytherinu. Tym razem za napis na jednym z transparentów był z pewnością robotą Remusa. Głosił on:

Potter i Black: Gryfonów znak!

 - Nie jest już taki zabawny jak wtedy z tym wypierniczaniem - stwierdził James patrząc z przymrużonym okiem na powiewający napis.
 - Bo wiesz... Ten robił Lunatyk - odpowiedział Łapa.
 - Słuchajcie... - zaczął Marcus Glannt. James miał dziwne wrażenie, że ich kapitan zaraz wybuchnie płaczem. - Aaa... Nic już. Postarajcie się. Po prostu się postarajcie. Idziemy!
    Drużyna Gryffindoru, ubrana w szkarłatne szaty wyszła na boisko witana gromkimi brawami. Z drugiej strony zmierzali już ku nim Ślizgoni, w zielonych szatach i z drwiącymi uśmieszkami na twarzach.
 - Kapitanowie, podajcie sobie ręce! - powiedział Flitwick, sędziujący mecz. - Dobrze... Na miotły! I na mój gwizdek...
    Rozległ się świst gwizdka, i wszystkie piłki znalazły się w powietrzu. Zaczęło się. Syriusz poleciał od razu do słupków bramkowych, dosiadał dzisiaj najlepszą szkolną miotłę: Gwiazdę 80, ponieważ nie zdążył zamówić własnej. James krążył nad boiskiem wypatrując znicza, a w dole już toczyła się zażarta gra.
 - Proszę państwa, tak, to już jest ten moment! - zabrzmiał głos komentatora. - Skład obu drużyn nieco się zmienił... Jak sami widzicie. W Gryffindorze pozycję obrońcy objął Syriusz Black, po kontuzji wcześniejszego obrońcy... Archie i Ernie dalej pałkarzami... Potter dalej szukającym... Ale to byłaby największa głupota zmieniać takiego zawodnika! W Slytherinie mamy nowego szukającego... Regulus Black... No, no, zobaczmy jak poradzi sobie z Jamesem Potterem! A tymczasem kafla trzyma Glannt, pędzi do bramki przeciwnika... Mija pałkarzy...
    Syriusz z zapartym tchem śledził przebieg akcji. Powtarzał bezgłośnie ruszając ustami: "Umiem. Potrafię. Umiem. Potrafię.". I właśnie zobaczył, jak zbliża się do niego jakiś Ślizgon z kaflem w ręku. Sprytnie wyminął Gryfońskich pałkarzy i zaraz strzeli...
 - Umiem... Potrafię... Umiem... Potrafię...
 - Łapo, uda ci się! - ryknął James z góry.
    Kafel już szybował samotnie w kierunku lewej pętli. Syriusz niewiele myśląc ruszył w tamtą stronę, wyciągając szeroko ręce. Tak niewiele...
 - BRAWO SYRIUSZU! - krzyknął Glannt podlatując do Łapy, który w rękach trzymał kafla. - BRAWO! BRAWO!
    Obronił! Udało mu się!
 - Obronione! Bardzo dobrze, ten Black to zapewne nowy talent! A tymczasem... Patrzcie! Potter zobaczył znicza!
    Tłum wstrzymał oddech, kiedy James zanurkował za złotą piłeczką. Chwilę później zauważył to Regulus Black, zaczął lecieć za nim nie spuszczając z niego oczu. Rogacz wykonał parę skomplikowanych zwodów, które wyraźnie zdezorientowały Regulusa, ale chwilę później znów siedział mu na ogonie. Złota piłeczka zdawała się pędzić szybciej niż zwykle, za nic nie mógł jej dogonić...
    Wszystko działo się jakby w zwolnionym tempie. James i Regulus w pościgu za Złotym Zniczem, cały tłum i gracze na boisku ich obserwują. Tłuczek świsnął centymetr nad głową Rogacza, a Ślizgoni korzystając z sytuacji, nabili dwa gole.
    Znicz wyleciał gdzieś poza boisko. Niewiele myśląc, James poleciał za nim. Zobaczył też, jak Regulus Black lekko poderwał miotłę, jakby chciał wrócić, ale jednak poszybował za nim. Piłeczka leciała w stronę Zakazanego Lasu... Pfff... Zakazany Las. Co to dla Jamesa Pottera! Co to dla niego! Kiedy Złoty Znicz zanurkował w gęste drzewa, on zrobił to samo.
    Końcami palców chwycił wściekle trzepocącą skrzydełkami piłeczkę tuż nad ziemią. W ostatniej chwili udało mu się poderwać miotłę do góry, by się nie rozbić. Regulus Black wylądował tuż obok niego, ciężko dysząc.
 - D-Dlaczego tak daleko odleciał? - zapytał Ślizgon.
 - Skąd mam wiedzieć? - odparł chłodno James, stawiając stopy na ziemi. - To Zakazany Las.
 - Tak... ZAKAZANY. Nie powinno nas tu być.
 - Och... Byłem tutaj tyle razy, że nie robi to na mnie większego wrażenia.
    W kępie krzaków coś poruszyło się. Oboje zamarli. James ręką sięgnął po różdżkę, wyczuł ją pod szatą. A z ukrycia wyskoczył centaur.
 - Och! Aleś nam strachu napędził, Mopanku...
 - Witaj, Jamesie Potterze. Co sprowadza cię tutaj? Wiesz, że nie powinno cię tutaj być. I ciebie, przedstawicielu ludzkiej rasy.
 - Znicz - James pokazał centaurowi złotego znicza. - Przyleciał tutaj.
 - Aż tutaj? Przecież nie powinien... Więc dlaczego...?
 - Ej, ty tutaj znasz się na przepowiadaniu przyszłości, nie? Spójrz w gwiazdy i nam powiedz - wypalił Rogacz. Regulus przyglądał się tej scenie z otwartymi ustami.
 - Mars jasno dziś płonie - powiedział Mopanek patrząc w gwiazdy.
    James prychnął.
 - Zawsze jak cię spotykam, Mars jasno płonie. Wymyśl coś lepszego, a wtedy pogadamy. Nie obraź się, ale muszę już lecieć.
 - Do widzenia, Jamesie Potterze.
    Rogacz dosiadł miotły i wzbił się w powietrze. Tuż za nim poleciał Ślizgon. Nie miał zbyt zadowolonej miny, cały czas gapił się w Złotego Znicza, który spoczywał w dłoni Jamesa.
 - Mecz powinien odbyć się jeszcze raz - stwierdził chłodno.
 - Och, nie. Po prostu strach cię obleciał! Stchórzyłeś, Regulusie!
    James wleciał na stadion, gdzie dalej toczyła się gra. Wyciągnął w górę rękę ze złotym zniczem, a tłum zaczął klaskać i wznosić okrzyki wiwatu.
 - A więc GRYFFINDOR WYGRYWA PUCHAR QUIDDITCHA! Sto dziewięćdziesiąt do trzydziestu! James Potter złapał znicza! A już myśleliśmy, że nie wróci z tej podróży...
    Rogacz wylądował gładko na ziemi i podbiegł do szalejącego dziko Syriusza.
 - Obroniłem! - krzyczał. - Udało się! Puściłem tylko trzy, wtedy jak ty poleciałeś... Byłem taki zdezorientowany, wiesz... Ale WYGRALIŚMY, Rogasiu WYGRALIŚMY!
    Marcus Glannt podniósł lśniący Puchar Quidditcha nad głowę, by każdy mógł go zobaczyć.


7 komentarzy:

  1. Szkoda mi Syriusza on pewnie tylko udaje, że nie przejmuje się swoją rodziną a pewnie przykro mu jest z tego powodu, biedaczek:>

    OdpowiedzUsuń
  2. "Czuc to cieplo rodzicielskie" padlam.

    Veritaserum

    OdpowiedzUsuń
  3. opowiadanie świetne! :D szkoda że nie które rzeczy się nie zgadzają ;/ np. pierwszy i ostatni mecz Gryfoni grali z Slizgonami.

    OdpowiedzUsuń
  4. Rzadko się to zdarza, abym przy czytaniu czegokolwiek coś mnie rozśmieszyło, ale "boi się zarazek" zwaliło mnie z nóg :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie też! Czytam drugi raz i znowu dostałam ,,ataku kaszlu" w tym momencie.

      Usuń