25 maja 2012

13. W gabinecie Dumbledore'a


(28 marca 2008)

    James źle spał tej nocy. Prawdę mówiąc, w ogóle nie spał, tylko przewracał się z boku na bok i wsłuchiwał się w chrapanie towarzyszy z dormitorium. Zastanawiał się gorączkowo, w jakim celu dyrektor chce się z nim spotkać. Czy ma to coś wspólnego z przepowiednią profesor Trelawney? Jeśli tak, to skąd się o tym dowiedział?
    Z ulgą powitał nastający świt i najwcześniej z całego domu zszedł na śniadanie do Wielkiej Sali. Po drodze spotkał tylko Irytka, który wkładał gumę do klasy profesora Binnsa.
 - Jak będzie chciał wejść to spotka go niezły ubaw! - mówił uradowany.
 - Eee... Irytku, jakby ci to powiedzieć - zaczął Rogacz. - Ale to klasa Historii Magii, a jej nauczycielem jest duch. Nie korzysta z drzwi. Ale zapewniam, że McGonagall jest w stu procentach żywa.
    Poltergeist wycofał się więc i wyśpiewując coś w rodzaju hymnu dla uczniów, którzy łamią regulaminy szkoły, poszybował w drugą stronę korytarza.
    Sklepienie Wielkiej Sali było jasnoniebieskie, bez żadnej chmurki. Zapowiadał się piękny, słoneczny dzień. Jamesowi aż żal się zrobiło, że nie mieli dzisiaj w planach treningu quidditcha. Dla niego oznaczało to nieustanne harowanie przed książkami, bo termin zdawania Standardowych Umiejętności Magicznych zbliżał się nieuchronnie.
    Wraz z upływem czasu, zaczęło przybywać więcej uczniów. Do Rogacza dołączyli po długiej chwili Remus i Syriusz, który ziewał przeciągle.
 - Co tak wcześnie, Rogacz? - zapytał.
 - Jakoś nie mogłem spać - odpowiedział szczerze.
 - Dziwisz się? - syknął Remus, a James rzucił mu ostrzegawcze spojrzenie.
    W pośpiechu zjedli śniadanie i ruszyli na dwie godziny Zielarstwa z Puchonami. Była to najgorsza lekcja z profesor Sprout jaką kiedykolwiek mieli. Musieli wyciskać obrzydliwy, cuchnący sok z pomarszczonych roślin, które okropnie gryzły, kiedy się ich dotknęło. Kiedy zabrzmiał dzwonek, rzucili się do drzwi, żeby jak najszybciej oddalić się od cieplarni numer trzy.
 - Co ona sobie myśli, dając nam coś takiego na lekcje! - burzył się Syriusz. - Już chyba wolałem te mandragory! Przynajmniej miały mniejsze zęby!
 - Syriuszu, one wcale... - zaczął Remus, ale przerwał mu James.
 - Ciekawe co wymyślił nasz stary, dobry Muntus...
    Okazało się, że nauczyciel Obrony Przed Czarną Magią również nie zamierzał ich oszczędzać. Tematem były wilkołaki - ku wielkiej uciesze Remusa. Zarobił dla Gryffindoru koło trzydziestu punktów, odpowiadając poprawnie na każde pytanie.
 - Trzeba było się trochę wstrzymać, Lunatyku - mruknął Łapa.
 - Dlaczego?
 - Budzisz podejrzenia. Widziałeś jak się Snape na ciebie patrzył? On za dużo węszy. Ostatnio widziałem go przy Wielkiej Sali, kiedy szliśmy pod Wierzbę.
 - Myślicie, że on coś wie? - zapytał przestraszony Remus.
 - Nie - odpowiedział James. - Jest za głupi.
    Na przerwie obiadowej Huncwoci postanowili odwiedzić Petera w Skrzydle Szpitalnym. Pettigrew czuł się już dosyć dobrze, miał znów ludzką twarz. Jedyną oznaką transmutacji był wystający z czubka głowy, zielony ogonek. Zastali tam również Avery'ego, na którego ręce dalej kwitł potężny kaktus.
 - A jemu co? - rzucił Syriusz patrząc na Ślizgona.
 - Pani Pomfrey nie zna przeciwzaklęcia - wyjaśnił Glizdogon. - Dlatego leży tutaj... Podobno wieczorem zabierają go do Munga. Próbował się podrapać tym kaktusem po twarzy... Ufff... To nie był przyjemny widok... Kolce na policzkach...
    James i Syriusz nie zdołali powstrzymać śmiechu.
 - Ciszej! Och, zamknijcie się, bo zaraz nas wywali! - upomniał ich Remus.
 - Przepraszamy Luniaczku - mówił Łapa. - Nie mogliśmy się powstrzymać.
 - Co u was? Ominęło mnie coś ważnego? - zapytał nieśmiało Peter.
    Więc Huncwoci mu opowiedzieli. O walce Jamesa z Severusem, popisowym szamponie Rogacza, liściku od Dumbledore'a, lekcji zielarstwa, podejrzeniach co do Snape'a i nawale prac domowych. Peter był wstrząśnięty.
 - Może poproszę panią Pomfrey, żeby nie wypuszczała mnie do końca roku, co? - powiedział.

~*~

    James siedział z Syriuszem na kanapie przed kominkiem w pokoju wspólnym Gryffindoru. Rogacz bawił się "pożyczonym" zniczem, a Łapa bajerował jakąś blondynkę z trzeciego roku. Remus za to odwalał cześć prac domowych, a jego stolik zawalony był zwojami pergaminów, tabelami księżycowymi i księgami z zaklęciami.
    Czas pędził nieubłaganie, a James odliczał tylko ile dzieli go od spotkania z dyrektorem. Pół godziny... Piętnaście minut... Potem dziesięć... Nagle pięć...
 - Idź już Rogacz - powiedział mu Remus. - Jest za pięć ósma.
 - Przecież idę już, idę! - syknął James i przelazł przez dziurę pod portretem Grubej Damy.
    Szedł opustoszałymi korytarzami Hogwartu czując narastający strach... ale i podniecenie. Jeszcze nikt z ich popularnej czwórki Huncwotów nie był nigdy w gabinecie Dumbledore'a. Oczywiście dobrze wiedzieli gdzie się ten gabinet znajduje. Bywali często przed chimerą strzegącą wejścia, zgadując hasła na chybił-trafił. Niestety, nie mieli zbytniego szczęścia w takich łamigłówkach.
    Nim się James obejrzał, szedł już korytarzem prowadzącym do wejścia. Poczuł niemiły uścisk w żołądku, kiedy stanął naprzeciw chimery i powiedział wyraźnie:
 - Fasolki Wszystkich Smaków.
    Chimera zadrgała i ruszyła się, ukazując kręte schody prowadzące w górę. Po chwili stał już przed drzwiami prowadzącymi do właściwego pomieszczenia. Zapukał i chwilę później usłyszał ciche "Proszę!".
    Wszedł do powoli środka.
    Był to najdziwniejszy pokój, jaki James kiedykolwiek widział w całym Hogwarcie. Idealnie okrągły, z bardzo dziwnymi przedmiotami położonymi tu i ówdzie. Ze ścian patrzyli na niego dawni dyrektorzy Hogwartu, ale to, że się poruszali nie budziło już w Rogaczu żadnego podziwu - taki był każdy obraz w zamku. Na samym środku gabinetu stało biurko zawalone papierami, książkami i jakimiś dziwnymi instrumentami, których działania James mógł się tylko domyślać. Tuż obok, na długiej żerdzi siedział czerwono - złoty ptak, jego bursztynowe oczy śledziły każdy ruch Rogacza.
 - Usiądź, proszę - powiedział spokojnie Dumbledore wskazując mu krzesło przed biurkiem. James usiadł posłusznie, ale nadal wpatrywał się w ptaka.
 - To feniks - wyjaśnił Dyrektor. - Nazywa się Fawkes. Cieszę się, że nie musiałeś go widzieć w płomieniach... Feniksy odradzają się z płomieni - wyjaśnił, widząc pytające spojrzenie Rogacza.
 - Jednak to nie w sprawie Fawkesa cię tutaj wezwałem, James - rzekł Dumbledore patrząc na chłopaka znad okularów-połówek, a w Rogaczu znowu wyrósł dawny niepokój. - Jak myślisz, co jest tego powodem? - kończył dyrektor.
 - Ja... Nie wiem... Prze-Przepowiednia?
 - Przepowiednia? - powtórzył Albus Dumbledore z zaciekawieniem. - Jaka przepowiednia?
 - Och! Syriusz mówił mi... To znaczy "przepowiadał"... Ale panie dyrektorze, to naprawdę nie my te sedesy... - wykręcał się James.
    Ku wielkiemu zdziwieniu Rogacza, dyrektor zachichotał.
 - Nie, nie chodzi o sedesy - powiedział. - Ale pierwsza sprawa jest również związana z łazienką. Domyślasz się już, o co chodzi?
 - Eee... No nie.
 - Więc trochę ci pomogę. Marta już trzeci raz w ciągu tygodnia zalała nam cały korytarz na drugim piętrze. Pan Filch jest wściekły.
 - Jęcząca Marta?
 - Tak, per "Jęcząca". Prawdę powiedziawszy, ostatnio stała się bardziej jęcząca niż zwykle. Udało mi się od niej wydusić, że to z twojego powodu, James.
    Rogacz milczał z trudem tłumiąc w sobie chęć wybuchnięcia śmiechem.
 - Wiesz, co mogło spowodować takie zachowanie Marty?
 - Bo... No bo ona... Bo ja byłem wobec niej trochę nietaktowny - odparł James, powtarzając słowa Remusa.
 - To znaczy...?
 - Powiedziałem w jej obecności, że... że koleżanka czeka na mnie przy Wielkiej Sali - wydusił szybko Rogacz. Uznał, że słowa "...że umówiłem się z Mary Duff" zabrzmiałaby lekko śmiesznie w obecności dyrektora.
 - Ach tak... To dlatego Marta chodzi taka załamana i zalewa nam korytarze. Jest zwyczajnie zazdrosna - rozmyślał głośno Dumbledore.
 - Można coś z tym... zrobić? - zapytał James nieśmiało, ale zaraz tego pożałował.
 - Oczywiście. Musisz tylko przekonać Martę, że dalej ją bardzo lubisz.
 - Och... Ale ja... Ja nie wiem, czy dam radę, w końcu ona troszkę inaczej to wszystko rozumie... To znaczy... Ona nie ma uczuć, prawda?
    Dumbledore uśmiechnął się znad okularów-połówek.
 - Sam ją o to zapytaj.
 - To chce pan mieć zalaną całą szkołę, panie profesorze? - rzekł śmielej już Rogacz. - Ona ma bzika na punkcie tego, że jest duchem.
 - To była pierwsza sprawa, o której chciałem z tobą porozmawiać - zaczął dyrektor i przestał się uśmiechać. - Teraz przejdźmy do tej drugiej.
    James przyglądał mu się wyczekująco. O co tym razem chodzi?
 - Severus Snape - powiedział Dumbledore i skrzyżował ręce na piersiach.
 - Co z nim?
    Dumbledore westchnął.
 - Bardzo nie podoba mi się sposób, w jaki traktujecie Severusa Snape'a.
 - Traktujemy go tak, jak on traktuje nas.
 - Ja rozumiem, że wy się nie lubicie. To jest całkowicie normalne. Ale myślę...
 - Jeśli profesor myśli, że będziemy stać spokojnie podczas gdy on przeklina nas na każdym kroku, to będę musiał profesora rozczarować.
    Te słowa wyrwały się Jamesowi bez zastanowienia. Siedział w osłupieniu, ale przyznał sobie rację. Przecież tak właśnie było. I dodatkowa nienawiść do Snape'a, która targała nim na wszystkie strony. To wygrało.
 - Ech... Tak myślałem. Tak myślałem, że powiesz coś podobnego. Będę musiał znaleźć jakieś inne wyjście z tej sytuacji... Dziękuję, że przynajmniej rozwiązaliśmy jedną sprawę. Możesz odejść, James.
    Rogacz wstał i skierował się do drzwi. I nagle zobaczył w drzwiach uchylonej szafy bijący niebieskawym światłem blask. Zatrzymał się i wpatrywał w niego z zainteresowaniem. Dumbledore to zauważył.
 - To myślodsiewnia  - wytłumaczył. - Bo widzisz James... Starsi ludzie muszą segregować swoje myśli, żeby nie zwariować.
 - Czy jest coś, o czym chciałbyś mi powiedzieć, James? - dodał po chwili.
    Przed oczami Rogacza przeleciał cały obraz spraw, które tak go niepokoiły. I najważniejsza z nich, przepowiednia, którą usłyszał od profesor Trelawney... W końcu postanowił.
 - Nie, panie profesorze. Do widzenia.
 - Do zobaczenia, James. I... Mam nadzieję, że uda ci się powstrzymać kolejną powódź w naszym zamku.
    James odetchnął z ulgą, kiedy zobaczył, że Dumbledore się uśmiecha. Teraz marzył tylko jednym: towarzystwie swoich przyjaciół.

~*~

    W pokoju wspólnym Gryfonów było prawie pusto. Tylko dwie postacie siedziały na starej kanapie przed kominkiem, w której ledwo ledwo tlił się ogień.
 - Co chciał? - zapytał szybko Syriusz budząc się z drzemki.
    James opowiedział przyjaciołom o rozmowie z Dumbledorem. Remus był wstrząśnięty, a Syriusz wyraźnie zawiedziony.
 - I nawet ci nie dał szlabanu? - zapytał z zażenowaniem, za co dostał adidasem.
 - Acha, James! - powiedział Remus dając Rogaczowi zwitek pergaminu. - Marcus Glannt kazał ci to dać. Podobno ważne.

James,
w piątek o 18:00 odbędą się sprawdziany do quidditcha. Jak wiesz, szukamy nowego obrońcy. Chciałbym, żeby była na nich cała drużyna.
Marcus G.

 - A już myślałem, że to kolejne wezwanie do dyrektora - mruknął zawiedziony James.
 - To co, jaki huncwocki wyczyn szykujemy na najbliższe dni? - rzekł Syriusz z nutą nadziei w głosie, szczerząc zęby.
 - Syriuszu, ja myślę... - zaczął Remus, ale przerwał mu Rogacz.
 - Powinniśmy w końcu zrobić coś z tymi sedesami. Nie chcę zawieść mojej mamy.

_________________________
Dla pana,
który dziś zalał mi łazienkę.

5 komentarzy:

  1. fajna dedykacja ^^ :D
    A blogi piszesz naprawde fajnie :)

    Pozdrawiam :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Ta, która walczy o marzenia30 marca 2014 13:37

    Dedykacja naprawdę super :D
    Uwielbiam kiedy huncwoci mówią o tych sedesach. To mnie po prostu rozwala ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Niezła dedykacja ^^
    Lecę czytać dalej, bo MUSZĘ wiedzieć, co zrobią z tymi sedesami

    OdpowiedzUsuń
  4. Dopiero teraz odnalazłam tego bloga. Jest świetny! Najlepszy fanfik jaki kiedykolwiek czytałam.

    OdpowiedzUsuń